Z pluciem to było tak:
Któregoś dnia mój sąsiad wpadł na "genialny" pomyłs zrobienia ogniska. Oczywiście dzieciaki były zachwycone. Perspektywa pieczonych kiełbasek i ziemniaczków spowodowała niesamowitą radochę wśród dzieciaków. Wszystkie rzuciły sie do zbierania suchych gałązek na kupkę, w celu rozpalenia ogniska. Wszystkie poza moim Antkiem. Antoni oczywiście zamiast układac gałązki i patyczki w kupkę, począł je roznosić po całej łączce. Na nic moje prośby, tłumaczenia, nawet groźby. Wszystko na nic. Mój sąsiad patrząc na moje nieudolne starania wytłumaczenia małemu uparciuchowi o co w tym wszystkim chodzi, postanowił wziąc sprawy w swoje ręce.
Antek miał wtedy dwa latka, był mały jak na swój wiek, z resztą do tej pory jest dość mały, a sąsiad - kawał chłopa. Nachylił się do młodego tak, że ich twarze znajdowały sie na takiej samej wysokości. Po czym zaczął mu tłumaczyć dość intensywnie, wymownie przy tym gestykulując. Nie wiem ile młody z tego zrozumiał, ale gapił się na Krzyśka conajmniej tak, jakby zobaczył kosmitę. Obserwowałam tę scenę razem z kilkoma innymi znajomymi. Trwało to chwilkę, kiedy nagle nagle młody pochylił sie odrobine do przodu, po czym splunął. Ślina trafiła... chyba nie musze pisać gdzie?
Wstyd mi było jak nie wiem co, niestety wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek wybryków, małego łobuza...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz